środa, 14 maja 2025

Ahoj, Karolciu! Poznanie Zosi

    Przesympatyczna mała blondyneczka, ciekawska świata. Lubi dobre towarzystwo, ale jednocześnie posłuszna rodzicom. Nie, nie, to nie o tobie!  Choć jesteś bardzo podobna. Mowa o ośmioletniej Karolci - bohaterce opowiadania Marii Kruger "Karolcia". Aby nie zdradzać treści, dodam tylko, że Karolcia ma możliwość przeżywania magicznych przygód. 

A jakie przygody spotkały Ciebie w towarzystwie tej małej bohaterki?


Poznanie Zosi

    

rys. Zosia B.
    Pewnego słonecznego dnia Karolcia i Piotrek wybrali się na pobliski plac zabaw. W oddali zobaczyli dziewczynkę o długich blond włosach. Po chwili namysłu Karolcia i Piotrek postanowili do niej zagadać.

- Cześć, jestem Karolcia, a to Piotrek.

- Hej, ja jestem Zosia - odpowiedziała dziewczynka cichutkim głosem. - Przyjechałam do babci w odwiedziny. Jestem z Wrocławia. To 350 km stąd.

- O! To bardzo daleko - odpowiedziały dzieci.

- A może pobawimy się w berka, w chowanego lub w Baba-Jaga patrzy? - zaproponowała Karolcia. 

    Dzieci spędziły na zabawie pół dnia. Niestety Zosia oznajmiła na koniec, że jutro musi wracać do rodzinnego miasta. Karolcia i Piotrek posmutnieli, ale Zosia obiecała na słowo zucha, że przy każdych odwiedzinach babci będą się spotykali.

(Zosia B.)

                                                                            Wielkie poszukiwania

    Spotkałam się z Karolcią i poszłyśmy na piknik. Zabrałyśmy ze sobą warzywa, owoce no i słodycze. Po drodze w sklepie kupiłyśmy gumę do żucia "Love It". Rozmawialiśmy o tym, co nas łączy i co nowego u niej słychać. Na wspólnej pogawędce i zabawie w parku spędziłyśmy cały dzień. Było smacznie, miło i wesoło. Dopiero wieczorem wróciłyśmy do domów. 

    Następnego dnia znów wybrałyśmy się do parku. Bawiłyśmy się w chowanego, berka i inne gry, o których dowiedziałyśmy się od naszych babć. Tak minął nam kolejny dzień, a my nawet nie zauważyłyśmy, że jest późno. Okazało się, że mama nas szukała w całym  mieście. Bałyśmy się wrócić do domu, żeby nie dostać kary. Czekałyśmy i czekałyśmy, aż wpadłyśmy na pomysł, że wejdziemy niepostrzeżenie do domu. Tak też zrobiłyśmy. Gdy mama wróciła do mieszkania, weszła do mojego pokoju i zapytała, gdzie byłyśmy. Odpowiedziałyśmy: "Jak to gdzie? Tu." Mama była zaskoczona, że wcześniej nas nie zauważyła w pokoju. Gdy wyszła, Karolcia szepnęła: "Uff, udało się - było ciężko". A ja tylko mrugnęłam do niej okiem.

(...)

Dookoła świata

    Pewnego razu wpadłyśmy na genialny pomysł, żeby wykorzystać niebieski koralik. Był deszczowy dzień i wiało nudą. A gdyby tak stać się niewidzialnym i wyruszyć w świat. Jak pomyślałyśmy, tak zrobiłyśmy. Obleciałyśmy cały świat dookoła.  Zobaczyłyśmy krokodyle w Nilu, rekiny w oceanie, piramidy w Egipcie i małpy w Afryce. Gdy wróciłyśmy do domu, oczywiście podziękowałam jej za tak niesamowitą przygodę. 

(...)

W Dolinie Baryczy
rys. Benio G.


    Ostatnio spotkałem się Karolcią, bohaterką opowiadania M. Kruger. Od razu polubiliśmy się. Miała jasne włosy, grzywkę i zielone oczy. Ja też takie mam.

    Moja mama powiedziała, że w sobotę będzie ładna pogoda, więc postanowiliśmy z Karolcią pojechać do Doliny Baryczy. Dolina leży jedną godzinę drogi od Wrocławia. Podwiózł nas tam mój tata. Gdy wysiedliśmy z auta, zauważyliśmy dużą wieżę. Mój brat od razu wszedł na nią i zrzucił z wysokości moją piłkę. Karolcia bardzo się śmiała. Później poszliśmy do parku. Tam zauważyliśmy kota i nazwaliśmy go Mirek. Mama powiedziała, że jesteśmy w Żmigrodzie na ruinach zamku. Po jakimś czasie tata doszedł do wniosku, że jest późno i musimy wracać.

    Było fajnie i miło spędziliśmy czas. Myślę, że moja nowa koleżanka miała dużo nowych wrażeń. Najbardziej podobały nam się plac zabaw, wieża i stawy milickie.

(Benio)

Wafel

    Pewnego letniego dnia razem z Karolcią wybrałam się na Podlasie. Miałyśmy magiczny koralik, który przeniósł nas prosto na piękną, zieloną łąkę. Wokół pachniało kwiatami, a w oddali widać było las i mały drewniany domek. Gdy podeszłyśmy bliżej, przywitał nas wesoły szczeniak Luna. Skakała, radośnie merdając ogonkiem. Na płocie siedziały trzy kotki, które leniwie obserwowały nas swoimi wielkimi oczami. Nagle zza rogu wyszedł chomiczek Wafel i wyglądał bardzo uroczo.

- Chodźcie, pokaże wam moje ulubione miejsce! - powiedział Wafel i pobiegł w stronę sadu.

    Poszłyśmy za nim i odkryłyśmy piękne drzewo pełne soczystych jabłek Karolina dotknęła magicznego koralika i jabłka same spadły nam prosto do rąk! Zjadłyśmy je ze smakiem, a potem pobiegłyśmy nad rzekę. 

    Nad wodą Luna radośnie chlapała łapkami, a kotki siedziały na kamieniach i uważnie patrzyły na ryby. Karolcia szepnęła mi do ucha, że może użyć koralika, by na chwilę móc rozmawiać ze zwierzętami.

- To świetny pomysł - zawołałam.

Po chwili usłyszałyśmy ponownie cienki głosik Wafla:

- Dziękuję, że mnie odwiedziłyście. Mam tu wielu przyjaciół, ale z wami było wyjątkowo wesoło!

    Śmiałyśmy się razem z Karolcią i obiecałyśmy, że jeszcze tu wrócimy. Kiedy słońce zaszło, dotknęłyśmy magicznego koralika i w mgnieniu oka byłyśmy już we Wrocławiu. Ten dzień na Podlasiu był naprawdę wyjątkowy.

(Dominika)

Nowi znajomi

    Spotkałem Karolcię na boisku. W słoneczny dzień grała ze swoim kolegą  Piotrkiem w berka.

rys. Władek R.

Obserwowałem ich jak się bawią razem, a sam rzucałem piłką do kosza. W pewnym momencie moja piłka poleciała w kierunku bawiących się dzieci. Dziewczynka złapała piłkę i rzuciła ją do mnie, uśmiechając się serdecznie. 

- Dziękuję bardzo! - odpowiedziałem jej. - Może macie ochotę zagrać ze mną w koszykówkę?

- Mój kolega ma na imię Piotr, a ja jestem Karolcia - przedstawiła się dziewczynka.

- Miło mi was poznać - odpowiedziałam szczerze.

Bardzo miło spędziliśmy  czas, bawiliśmy się razem i grając w kosza do późnego popołudnia. Niestety moi rodzice kazali wracać do domu, ponieważ zrobiło się późno, a jeszcze musiałem powtórzyć lekcje. Z wielkim żalem pożegnałem nowych, miłych znajomych. Gdy odchodziłem w stronę domu, Karolcia powiedziała, że jutro też będą się tu bawić i byłoby miło, gdybym przyszedł. Zrobiło mi się radośnie, że mnie polubili. Wracałem do domu zadowolony, że poznałem takich fajnych ludzi. Do końca dnia, nawet odrabiając lekcje, miałem dobry humor. Wieczorem szczotkowałem zęby przed snem i ciągle się uśmiechałem, przypominając sobie zabawę na boisku. Leżąc już w łóżku planowałem zabawy, które zaproponuję moim nowym znajomym. 

(Władek R.)

Znajdek

    Pewnego ranka ja i Karolcia poszłyśmy do parku na spacer. Rozmawiałyśmy o tym, że chciałabym mieć zwierzątko. Karolcia powiedziała, że może mi pomóc spełnić marzenie, i wyciągnęła z kieszeni koralik. Następnie wypowiedziała życzenie. Nagle usłyszałyśmy cichy pisk. Rozejrzałyśmy się dookoła, zobaczyłyśmy, że obok krzaczka siedzi mały piesek. Bardzo piszczał i kulał na jedną nogę. Bardzo go bolała. Rozejrzałyśmy się, ale nigdzie nie było właściciela. Pobiegłam do domu, a Karolcia została, żeby pilnować pieska. Wróciłam razem z mamą i pojechałyśmy do weterynarza. Lekarz zbadał pieska i powiedział, że ma złamaną łapkę, ale da się wyleczyć. Spytałam mamy, czy piesek może zostać z nami. Mama zawahała się, ale spojrzałam na Karolcię, a ona się do mnie tajemniczo uśmiechnęła i ukradkiem pokazała w ręce koralik. Popatrzyłam się na mamę, a ona się zgodziła. Podskoczyłam z radości i wszyscy zaczęli się śmiać. Dzięki Karolci mam teraz psa. 
(...)


Prezent  

rys. Jarek S.
Zdecydowałem się zrobić prezent dla Karolci. To była książka o Wrocławiu. Karolcia z radością
przeczytała tę książkę. Potem zadzwoniła do mnie i zapytała, czy może przyjechać do mnie, żeby zobaczyć krasnoludki oraz historyczne miasto. Byłem jak najbardziej na „tak”. Po konsultacji z rodzicami ustaliliśmy datę. Gdy spotkaliśmy się z Karolcią, poszliśmy razem do restauracji - jedliśmy tam pierogi. Potem kupiliśmy mapę z krasnoludkami i szukaliśmy ich. Zaczęliśmy od Rynku, a  skończyliśmy na Placu Grunwaldzkim. Potem było już ciemno i poszliśmy do mojego domu. Graliśmy w gry planszowe i bawiliśmy się domu zabawkami. Po zabawie moja mama przygotowała nam kolację: to były przepyszne naleśniki z nutellą i ciepłą herbatą. Ponieważ Karolcia pochodziła z innego miasta, moja mama zaproponowała Karolci, aby  została u nas na noc, a z samego rana następnego dnia poszukać pozostałych krasnoludków. Po śniadaniu wyruszyliśmy do miasta szukać reszty krasnoludków. Finalnie wspólnie z Karolcią udało się odszukać wszystkich skrzatów, które są we Wrocławiu. Karolcia była bardzo zadowolona ze spaceru po Wrocławiu.

(Jarek S.)

Wizyta w ZOO

rys. Milena N.

Pojechałam z Karolcią do zoo i zobaczyłyśmy takiego dziwnego pana: miał czerwoną koszule, żółte buty, włosy w kolorze pomarańczowym i dziwne okulary w kształcie ananasów. Zastanawiałam się z Karolcią, kim on jest, i wpadłam na pomysł, żeby podejść do tego pana i sprawdzić, kim on jest. Więc poszliśmy do tego pana i zobaczyliśmy, że to był zarządca tego zoo. Zarządca powiedział:

- Możecie zobaczyć różne zwierzęta, tylko nie wiem, czy ochroniarz wam pozwoli. 

- No może - odpowiedziałyśmy. Poszłam więc z Karolcią do tego strażnika i naprawdę nie chciał nas wpuścić. Powiedział:

- Nie mogę was wpuścić, bo jesteście dziećmi. 

    Karolcia poprosiła koralika, że byśmy były dorośli i staliśmy się nimi. Pan ochroniarz nas wpuścił i dzięki temu zobaczyliśmy największe zwierzę na świecie -  słonia afrykańskiego. 

Gdy pooglądaliśmy już wszystkie interesujące nas zwierzęta, to wróciliśmy do domu. To był udany dzień.

(Milena N.)

Gdyby...

rys. Dominika D.

Gdyby Karolcia mieszkała obok mnie, to poprosiłabym ją o niewidzialność i możliwość latania. Obleciałybyśmy cały świat. I na szczęście, mieszka obok mnie! I oczywiście poprosiłam ją o to. Zobaczyłyśmy krokodyle, rekiny, piramidy i małpy. Potem zleciałyśmy na ziemię i poszłyśmy zjeść obiad, a po obiedzie dalej latałyśmy. Tym razem zabrałam ze sobą mojego chomika Pimpusia.

    Po jakimś czasie Karolcia powiedziała do mnie:

- Tu nie ma powietrza.

Westchnęłam i odpowiedziałam:

- Bo to jest kosmos. Szybko poproś koralik o butlę z tlenem i skafandry.

    Gdy to zrobiła, poleciałyśmy dalej, aż dotarłyśmy na planetę Mars. Zobaczyłyśmy tam kosmitów, kosmiczne koty, kosmiczne psy, kosmiczne supemarkety i inne rzeczy. Wtedy powiedziałam:

- Chodźmy pozwiedzać!

    Ale Karolcia nie chciała, bo bała się. Zapytałam:

- Czego się boisz?

Karolcia:

- Tego meteorytu, który leci prosto na nas.

- To zatrzymajmy go - odpowiedziałam.

- Dlaczego nie?! - zgodziła się Karolcia.

I tak uratowałyśmy planetę Mars. Gdy wróciłyśmy na ziemię, podziękowałam Karolci za niesamowity dzień.

(Dominika D.)

sobota, 14 listopada 2020

Gdzie królowie piechotą chadzali

Zamki i pałace to przepiękne miejsca, w których dawniej toczyło się życie królewskie, rycerskie oraz zwykłych ludzi. W Polsce powstało wiele takich budowli, a do dziś - mimo wielu wojen - przetrwało aż 419 zamków w różnym stanie: jedne niezniszczone, inne zostały odnowione współcześnie, a jeszcze inne popadają w ruinę zapomnienia. Według terminologii naukowców, zamek to zespół elementów warownych i budynków mieszkalnych połączonych w zamknięty obwód obronny. Pałac to reprezentacyjna budowla mieszkalna pozbawiona cech obronnych, rezydencja władcy. Pokażę dziś Wam kilka ciekawszych, które warto poznać.

Pierwszy z nich ma historię rodem z horroru... i znajduje się niedaleko Wrocławia! To zamek w Książu. Dawniej Śląsk był częścią Prus (dziś to Niemcy), którą odwiedzało wielu turystów i każdy marzył, aby tu mieszkać. Zamek wybudowano w XIII wieku (ok. 800 lat temu). Jednak staje się znany dopiero w XIX wieku za sprawą niemieckiego hrabiego Jana Henryka XVI Hochberga i jego pięknej żony angielskiej księżnej Daisy. Bogato wyposażyli zamek, a na jego salonach urządzano najwykwintniejsze bale. Latem zaś w pięknych ogrodach i na tarasach odbywały się biesiady. Bywali tu pruski cesarz Wilhelm II, rosyjski car Mikołaj, prezydent USA John Adams. 

Niestety z nadejściem II wojny światowej rodzina musiała uciekać z zamku (hrabia i księżna zmarli podczas wojny, przeżył tylko ich syn), a w 1941 r. Adolf Hitler postanowił urządzić w zamku swoją kwaterę główną. Z zamku usunięto bogate wyposażenie (do dziś nie wiemy gdzie się podziało), pod zamkiem wybudowano 50-metrowe tunele, w których mieściły się ciężarówki, a nawet podziemna stacja kolejowa oraz schron przeciwlotniczy (dziś można je zwiedzać). Podobno było tu nawet tajne laboratorium pseudomedyczne, w którym chciano wyhodować nadczłowieka odpornego na bakterie - nie wiemy czy to prawda. Po wojnie zamek został zdewastowany przez wojska radzieckie i odbudowę jego rozpoczęto dopiero w 1974 r. Dziś można go zwiedzać i należy do "7 cudów Polski". Jest to trzeci do wielkości zamek (po zamkach w Malborku i w Warszawie).

Drugi zamek, o którym wspomnę, przypomina zamek Disneyland, a stoi również niedaleko Wrocławia. Mowa o pałacu w Mosznej - bajkowy i niesamowity z 99 wieżyczkami wokół. Jest to zabytkowa rezydencja powstała w XVII wieku (ok. 400 lat temu), w której mieszkali członkowie śląskiego rodu Tiele-Wincklerów, potentatów przemysłowych. Bywał tu sam władca Niemiec - cesarz Wilhelm II. Po wojnie pałac został zmieniony w szpital i był nim aż do 2013 r. Obecnie jest tu galeria dzieł sztuki, sala koncertowa, odbywają się różne wystawy kwiatów. Pałac można zwiedzać oraz w nim nocować. Wokół pałacu roztacza się olbrzymi park, znajduje się tu również stadnina koni.

Zamek Czocha - to prawdziwa twierdza szyfrów. Ponad 700-letnie zamczysko króluje nad malowniczą doliną Kwisy i jest najbardziej tajemniczym zamkiem w Polsce. Podobno ma 40 tajemnych przejść, do dziś udało się odkryć zaledwie 14. Olbrzymi gmach jest widoczny z daleka, niestety przez wiele lat nie było go na żadnej mapie. Hitlerowcy urządzili w nim tajną szkołę szyfrantów Abwehry. Po wojnie zaś odbywały się tu szkolenia tajnych agentów komunistycznego wywiadu i kontrwywiadu. Dziś można go zwiedzać, a nawet tu nocować - oczywiście w towarzystwie białej damy.


Nie ma co jednak daleko szukać, bo w samym Wrocławiu znajduje się 17 pałaców i 4 zamki. Kilka z nich poniżej na zdjęciach.



No i doszło kilka propozycji od młodych architektów - może któryś powstanie w jakimś zakątku Wrocławia lub Polski... 


A na zamkach u boku króla mieszkali dzielni rycerze - ile o nich wiesz?
QUIZ RYCERSKI


poniedziałek, 8 czerwca 2020

Jak wyglądały pierwsze maszyny latające?

Czy wiesz jak latają samoloty i kto, jako pierwszy spróbował stworzyć samolot?







Statek powietrzny (maszyna latająca) to urządzenie zdolne do unoszenia się (lotu) w atmosferze na skutek statycznego - czyli wznoszenia bez przemieszczania się (np.balon) lub aerodynamicznego - czyli wznoszenia się z przemieszczaniem (np. latawiec, samolot) oddziaływania powietrza.
Ornitopter to statek powietrzny wzorowany na budowie i zasadzie lotu ptaków.

Entomopter to statek powietrzny wzorowany na budowie i zasadzie lotu owadów.



ZADANIE: Zrób dwa samoloty - ten sam model, ale jeden z kartki A4, a drugi z jej połowy. Gdy będą gotowe, to sprawdź, który z nich poleci dalej lub dłużej.



OBSERWACJA: Podczas lotu samolotów można zaobserwować, że większy leci dłużej/dalej, czyli im większa powierzchnia skrzydeł, tym dłuższy lot!



Jakie siły działają na samolot?

Przyjrzyjcie się obrazkowi.



Siła nośna, to ta, która wypycha samolot do góry. Dlatego im większe skrzydła, tym większa siła, która wypycha go do góry.
Siła grawitacji, to ta, która ściąga samolot w dół.
Siła oporu, to powietrze, które powstrzymuje samolot. Dlatego jego dziób ma kształt owalny, aby łatwiej "wbijać się" w powietrze.
Siła ciągu - to siłą wywoływana przez silniki.

Historia o zapomnianych urodzinach

To miała być zwykła sobota. Rano posprzątaliśmy dom - wszyscy razem! Potem zjedliśmy obiad i właśnie zaczynaliśmy planować, co by tu ciekawego zrobić, gdy nagle usłyszeliśmy pukanie do drzwi. 

- Kto to może być? - zapytała mama. 
- Pójdę otworzyć! - odpowiedział tata. 
Razem z moją siostrą przybiegliśmy do przedpokoju, aby zobaczyć, kto do nas zawitał w sobotę. Nie uwierzycie! Kiedy tata otworzył drzwi, do domu wpadli moi najlepsi przyjaciele z klasy, radośnie krzycząc „100 lat!”. No tak! Przecież przełożyliśmy moje przyjęcie urodzinowe o tydzień ze względu na wizytę babci i dziadka! I… zapomnieliśmy! Sytuację uratowała mama: 
- Witamy, witamy! Dobrze, że już jesteście! Rozbierzcie się i raz dwa ruszajcie do łazienki umyć ręce, a potem zapraszamy do salonu. 
Zrobiło się bardzo głośno i mama szepnęła do nas:
- Pssst! Wszyscy do kuchni - narada! 
Kiedy już byliśmy w kuchni, zaczęliśmy szeptem układać plan działania. Na początku było we mnie bardzo dużo złości, aż zaczęły mnie palić uszy. A nawet chciało mi się płakać. No bo jak to? - zapomnieć o moim przyjęciu? Moja siostra sprowadziła mnie na ziemię: 
- Wiem, że jesteś zły, ale musimy działać szybko. Nie wyprosimy przecież gości. Zobaczysz, to będzie wyjątkowa impreza!

I tak się zaczęło… 
Pierwszą zabawą na moim przyjęciu było ozdabianie salonu. Mama z siostrą zrobiły szybki przegląd szuflad i znalazły kolorowy papier, z którego szybko zrobiliśmy łańcuch, serpentyny i balony. Zaraz potem mama z siostrą przygotowały poczęstunek, tata pobiegł po lodowy deser, a my zabraliśmy się za robienie tortu! Żeby było śmieszniej, wykorzystaliśmy same niejadalne rzeczy. Nie uwierzycie, jak on wyglądał - był kolorowy z rolek papieru, ozdobiony koralikami i kredkami, a na górze jedna duża świeca! Wszyscy mieli ubaw. 
Tata wrócił z lodami, ciastem i tortem jadalnym. Kiedy skończyliśmy jeść, goście wręczyli mi prezenty i zaśpiewali „100 lat”. Potem przyszedł czas na urodzinowe gry i zabawy. Nic nie było wcześniej przygotowane, więc użyliśmy moich piłek, skakanki, hula-hop i wymyśliliśmy naszą własną grę w pociąg dookoła świata. Najpierw podróżowaliśmy przez Europę, potem przez Azję, a w końcu dolecieliśmy do Ameryki… Kiedy już skończyliśmy grać, nabraliśmy ochoty na nową zabawę. Wzięliśmy z pokoju gry planszowe. Każdy miał swoją drużynę i swoją ulubioną grę.

Moja siostra miała rację, to były niezapomniane urodziny. Kiedy goście wyszli usiedliśmy razem w salonie i śmialiśmy się całą rodziną z tego, co udało nam się dziś zrobić. I wiecie co myślę? Dobrze, że zapomnieliśmy o tym przyjęciu! Teraz chciało mi się tylko śmiać, to był bardzo wesoły dzień.

A Ty miałaś/miałeś zaskakującą sytuację? Co wtedy zrobiłaś/zrobiłeś? Napisz w komentarzu.


wtorek, 2 czerwca 2020

Dzień Dziecka po japońsku

Karp uznawany jest w Japonii za rybę o niezwykłej werwie, pełną energii i niespożytej siły, mogą pływać pod prąd nawet w rwących strumieniach i wodospadach. Dlaczego więc dzieci w Japonii chcą być jak karpie? I dlaczego ozdabiają swoje domy ich wizerunkami w czasie święta Kodomo no Hi?


Japonia wielu ludziom kojarzy się z kwitnącą wiśnią, ludźmi o skośnych oczach, nowinkami technicznymi. Ale nikt by się nie spodziewał znaleźć tam karpia! Przeczytajcie więc japońską legendę o karpiu.

Latające karpie 


   Kiedy w Japonii rodziło się malutkie dziecko, najważniejszym zadaniem rodziców było przywołać bogów i powierzyć im nowo narodzone maleństwo. Bogowie nie zawsze byli w pobliżu i nie zawsze wiedzieli o przyjściu na świat małego Japończyka czy małej Japonki. A przecież wokół czyhało wiele niebezpieczeństw. 
   W tych właśnie czasach w małej wiosce urodziła się dziewczynka, której dano na imię Haruko, czyli Wiosenka. Była śliczna: miała alabastrową skórę, czarne włosy, czarne oczka, malutkie dołeczki w policzkach i lekko zadarty malutki nosek. Cała rodzina i wszyscy sąsiedzi przychodzili podziwiać to urodziwe dziecko. 
   Rodzice modlili się do bogów o opiekę nad swoją małą dziewczynką. Próbowali ich przywołać, trzykrotnie klaskając w dłonie, ale bogów nie było. Bawili gdzieś daleko, nie wiedzieli, że właśnie urodziła się mała Haruko. 
    Jakże ich przywołać, jak przekonać przynajmniej jednego z nich, by zaopiekował się maleństwem? Rodzice dyskutowali o tym noc i dzień, i jeszcze dzień, i noc. W końcu tata Haruko, który był niesamowicie dzielnym i pracowitym człowiekiem, zdecydował pomóc bogom w dotarciu do córeczki. Udał się do lasu na poszukiwanie bardzo wysokiego drzewa. Kiedy je znalazł, ściął je i przyciągnął do domu. Z pomocą sąsiadów ustawił je przed domem. Na samym jego szczycie umieścił mnóstwo kolorowych sznureczków, mając nadzieję, że spodobają się przemierzającym te strony bogom, a ci się zatrzymają, zobaczą jego ukochaną córeczkę i zaopiekują się nią. 
   Nie minęło wiele czasu, gdy zwabione kolorowymi wstążeczkami powiewającymi na wietrze pojawiły się kami – sfrunęły z nieba i zaopiekowały się małą Haruko, która wyrosła na wspaniałą dziewczynę, żyła długo i szczęśliwie, mając dobrego męża i gromadkę dzieci. Dożyła w zdrowiu sędziwego wieku, ciesząc się szacunkiem rodziny i sąsiadów. 
    Przez wiele lat opowiadała o tej wyjątkowej opiece, pomysłowym ojcu i przychylności bogów – radziła też, by rodzice, dbając o swoje dzieci, przywoływali bogów i ustawiali wysokie maszty z kolorowymi sznureczkami. 
    Ale to nie koniec historii. 
    Z biegiem czasu w Japonii rodziło się coraz więcej dzieci i coraz więcej rodziców ustawiało wysokie maszty. Pojawiały się jednak na nich już nie tylko barwne sznureczki, lecz także kolorowe karpie. 
    Według starojapońskiej legendy karpie po przepłynięciu trudnego odcinka rwącej górskiej rzeki stają się smokami, dobrymi zwierzętami obdarzonymi wielką siłą i odwagą. Rodzice, wieszając kolorowe karpie na wysokich masztach, wyrażali w ten sposób życzenia dla swoich dzieci: chcieli, by były tak odważne i dzielne jak karpie, by tak jak one umiały stawić czoło przeciwnościom losu. Na samej górze umieszczali proporzec fukinagashi [czyt. fukinagasi], potem wisiał wielki karp tata – magoi, najczęściej w kolorze czarnym, następnie karp mama – higoi, różowy lub czerwony, oraz tyle małych różnokolorowych karpiątek, ile było dzieci w domu. Po wielu, wielu latach karpie stały się symbolem Japońskiego Dnia Dziecka – Kodomo no hi.
     A jak jest teraz? 
   Gdy w rodzinie japońskiej rodzi się dziecko, babcia lub ktoś z najbliższych zanosi je do świątyni. Tak, tak – bogowie mają już swoje miejsca, nie muszą przemierzać bezkresnego nieba w poszukiwaniu schronienia. W Japonii powstało wiele przepięknych świątyń, dokąd w trzydziestym lub setnym dniu życia zanosi się dziecko, aby oddać je pod szczególną opiekę jakiemuś konkretnemu, mieszkającemu w tej świątyni kami. 
    A w całej Japonii karpie koinobori powiewają na wietrze w pierwszych dniach maja. 

Tekst autorstwa Wioletty Laskowskiej-Smoczyńskiej i Katarzyny Nowak, pochodzi z publikacji: „Japońskie baśnie i legendy. Część I. Doroczne Święta i uroczystości”, Manggha, Kraków 2013.

O psie... (Mateusz Kulig)

Historia ta wydarzyła się we Włoszech. W pewne listopadowe popołudnie z pociągu na stacji w Marittime wysiadł kundel. Zawiadowca go przygarną i po pracy razem poszli do bufetu.


   Zawiadowca mieszkał w Piombino, zabrał więc psa do siebie do domu i jego dzieci nazwały go Lampo. Po kolacji zawiadowca z psem wrócił na stację. Lampo wskoczył do wagonu odjeżdżającego pociągu.
- Lampo! - zawołał kolejarz.
   Rano Lampo był już z powrotem na stacji w Marittime, i tak już było. Pewnego dnia Lampo pojechał do Turynu, o czym poinformował zawiadowcę elektrotechnik Edward.. Gdy Lampo jechał do Reggio, kelner poczęstował go kolacją. Jednak przy wsiadaniu do pociągu, drzwi przytrzasnęły mu boki i wypadł z wagonu.
- O, biedaku. - powiedziała starsza pani. - Już mój Pietro się tobą zajmie.
   Mąż starszej pani umiał nastawiać złamane kości zwierząt. Caluśką zimę dbał o psa. Któregoś dnia Lampo wrócił do Marittime. Zawiadowca musiał wysłać psa do wuja, mieszkającego w Palermo na Sycylii.
   Lampo jednak uciekł z wyspy jesienią i przywieziono go do kolejarza rannego. Natychmiast wezwano weterynarza. Pies wyzdrowiał. Pewnego dnia na torach bawiła się mała Adele. Lampo zauważył ją i uratował przed nadjeżdżającym pociągiem.
- Nasz bohater! - powiedział kolejarz.

czwartek, 21 maja 2020

Historia Lampo (Maja Mośko)

   Historia zaczyna się od momentu, kiedy Adela prawie wpadła pod koła pociągu.
Lampo szybko to zauważył, zepchnął ją z torów i w ten sposób uratował jej życie. Na szczęście sam też zdążył uciec. Adela pogłaskała go i powiedziała, że jest bardzo dzielny.
   Później Lampo wyjechał z Matttimo ze swoim panem i jego rodziną do Azji. Tam zakochał się w pięknej suczce o imieniu Szanti, która była bardzo samotna. Po 2 latach urodziły im się szczenięta. Lampo wraz z rodziną nadal lubił jeździć pociągami i podróżować. Małe szczeniaki urosły i również pomagały ludziom w różnych sytuacjach. Na przykład niewidomym wsiadać do pociągu.
   Rodzina Lampo dostała w Indiach medal za bohaterstwo i pomoc innym.
I żyli długo i szczęśliwie.